Paralaksa tła

Sölden – koniec i początek

 

Koniec sezonu to taki trudny moment, kiedy człowiek wie, że na kolejny wypad narciarski trzeba będzie poczekać kilka ciężkich miesięcy, wypełnionych pracą. To też moment, kiedy człowiek zdaje sobie sprawę, że pierwszy raz w życiu dociera w miejsce magiczne…

 

 

Nigdy wcześnie żadna z nas nie była w Soelden. I w ogóle w dolinie Oetztal. Trochę to dziwne może, bo większość “rasowych narciarzy” jeździ tam ponoć regularnie. Podobnie jak do Kitzbuehel, czy Ischgl.  To takie kultowe miejscówki, gdzie koniecznie trzeba się pokazać, zaplejsować na fejsie i cyknąć tam fotę na insta, na facjacie mając gogle SHRED, przypięte narty HEAD, a na barkach koniecznie kurtkę SPIDER. Patrząc oczywiście stereotypowo… Na szczęście czasy się zmieniają, ludzie szukają odmiany, a my nie lubimy utartych ścieżek 🙂
Do Soelden dotarłyśmy w pod koniec marca. Przełom zimy i wiosny to taki magiczny czas, kiedy na drogach nie ma już śniegu, dzień staje się coraz dłuższy, a autostradą z Polski (Trójmiasto) do Austrii (Oetztal) śmiga się w kilkanaście godzin. Skoda spakowana (ty razem nie zapomniałyśmy chyba niczego) i w drogę – przez Poznań, Berlin, Monachium i do Austrii 🙂 To nasza najczęstsza trasa. O świcie lądujemy w Soelden. Pierwszy dzień, po kilku godzinach snu w śpiworach w aucie – to aklimatyzacja, czyli spacer po mieście skąpanym w wiosennym słońcu 🙂 Bagaże wypakowane i ruszamy w miasto. Szybka wizyta w punkcie “i” (takie zboczenie zawodowe ze starych dobrych czasów…), mapki,informatory, itp. I w drogę. Jeszcze bez wjazdu w góry, bez skipassów, bez wyliczonego czasu i planu pobytu 🙂 Czysta sielanka! W Soelden boskie jest to, że to tak naprawdę niewielka mieścina, gdzie wszędzie można dotrzeć pieszo, bez pośpiechu. Przeszłyśmy w szerz i wzdłuż całe Sölden. Kilka sklepów spożywczych, z pamiątkami, ze sprzętem sportowym, restauracji, knajp, klub nocny i…. to w zasadzie wszystko. Nie ma wielkomiejskich tłumów, korków na ulicach, centrów handlowych, czy pompatycznych galerii. Są za to łąki nawożone świeżym krowieńcem, którego aromat roznosi tu i ówdzie. Są hotele i pensjonaty, tuż obok których stoją obory i stajnie. Są ścieżki spacerowe, place zabaw dla dzieci, spokój i cisza, których to bardzo potrzeba w czasie urlopu…

Ale Sölden to nie tylko wiejskie i sielskie życie w dolinie. To przede wszystkim początek i koniec dnia każdego narciarza i snowboardzisty. Tu zaczyna się sezon w narciarstwie alpejskim, kiedy to w październiku śmietanka alpejczyków tu właśnie pierwszy raz w sezonie bierze udział w zawodach. Ale dla nas – to końcówka sezonu narciarskiego 2016/17 i – mamy nadzieję – początek sezonu 2017/18. 4 dni na śniegu w Sölden to 4 magiczne i różne doznania.

 

WIOSNA

Jeśli chcesz się nauczyć jeździć na nartach, marzysz o słońcu na stoku, o dłuższych dniach i braku tłumów w górach – marzec jest idealnym miesiącem na narty w Soelden. W dolinie jest już zielono, a na stokach cały czas biało. Co prawda – gdy temperatura przekracza 25 stopni C – w ciuchach narciarskich da się wytrzymać maksymalnie do 13.00, ale co tam 🙂 Raz się żyje 🙂 W marcu warto wstać wcześniej i pojeździć od samego rana aż do lunchu 🙂  Na stokach niema tłumów, słonko jest cudowne – po prostu raj na ziemi!!! Niewiarygodne jest to, jak wiele tras można tu zjeździć i się nie znudzić! Pierwszego dnia na nartach pojechałyśmy we dwie Gaislachkogelbahn na górę i przez cały dzień śmigałyśmy na Gaislachkogel. Postanowiłyśmy poznać okolice i poczuć wiosenny śnieg. Było BOOOOSKOOOO!!! Słońce paliło niemiłosiernie, popołudniu można było opalać się w bikini i zdecydowanie zapomnieć o całym szalonym świecie 🙂
Kolejne dni to już ciężka orka pod okiem wykwalifikowanego instruktora Rolanda, ze szkółki Skischule Sölden Hochsölden. Facet jest specem w sowim fachu: wiedza o górach, śniegu, przyrodzie, restauracjach, a przede wszystkim o technice jazdy. Dał nam MEGA WYCISK!!! Nigdy w życiu nie byłyśmy tak wykończone po nartach wiosną 🙂 Cudowne uczucie!!! WYZWALAJĄCE!

 

TRENING

Co innego lajtowe nartowanie, kiedy człowiek po prostu sobie jedzie. Kiedy nie trzeba myśleć o niczym, tylko jechać w dół, pomiędzy drzewami, po sztruksiku lub w puchu. Kiedy odcinasz się od wszystkiego. A co innego, gdy obok masz trenera, który ciągle cię poprawia, daje wskazówki i każe myśleć na wakacjach 😉 Totalnie inaczej jeździ się wtedy na nartach! Nachylenie takie a takie, nacisk tutaj, siła, taka, kąt taki, szybkość taka, promień skrętu siaki i owaki…  I w kółko tylko FASTER, FASTER! Roland od początku miał w planach nas wykończyć i dopiął swego 😉 Dzięki niemu poprawiłyśmy technikę jazdy i szybkość śmigania na sztachetach 🙂 Poznałyśmy chyba wszystkie trasy w okolicy i – co nigdy wcześniej się nam nie przytrafiło – jednego dnia przekroczyłyśmy magiczną liczbę przejechanych kilometrów na nartach: ponad 40!!! I to przed 14.00!!! BYŁO WARTOOOOO!!!!! Zdychałyśmy ze zmęczenia i przegrzania w wiosennym słońcu, ale taka przygoda nie zdarza się często 🙂 Roland pracuje w najstarszej szkółce narciarskiej w dolinie Oetztal: Skischule Sölden Hochsölden. W tym roku szkółka kończy 150 lat! To jedna z 5 szkółek, które działają w tej okolicy 🙂 WSZYSTKIEGO NAJ i kolejnych 150 udanych lat w kształtowaniu narciarskich gamoni 😉

 

POPITE I POJEDZONE

Jak na kurort narciarski przystało – tak i tutaj można dobrze zjeść i dobrze wypić. Podobnie jak na większości stoków – znaleźć tu można nieźle zaopatrzone bary z niezłym żarełkiem i przyzwoitymi cenami. Poza nimi są tu dodatkowo dwie skrajności: ekskluzywne restauracje i samoobsługowe budki  z kanapkami. Dzięki takim skrajnościom każdy narciarz i snowboardzista znajdzie tu coś dla siebie i swojego podniebienia 🙂

ICE Q. Słynna restauracja, w której jadał sam James Bond! I w sumie nie trzeba by już nic więcej pisać o tej miejscówce, gdyby nie fakt, że zdecydowanie zasługuje na TOP TOPÓW! Nowoczesne wnętrza restauracji zachęcają do długiego rozkoszowania się wszystkim co serwuje tu szef kuchni. Tu jest nim Patrick Schnedl, który wyniósł na wyżyny lokalne specjały i smakołyki z odległych zakątków świata. Czy jest to sarnina idealnie średnio wysmażona, czy linguini z owocami morza – wraz z odpowiednio dobranym winem stanowią rozkosz dla podniebienia! Do tego na finał ICE Q TORTE – love, love, love! Ale samo jedzenie to nie wszystko. Pomimo ekskluzywnego charakteru restauracji czułyśmy się tu naprawdę dobrze 🙂 To również zasługa naszego opiekuna w ICE Q, którym był Valentino Schwarz. Niesamowity człowiek, perfekcjonista w każdym calu! Już dla samej obserwacji jego pracy warto zarezerwować stolik w ICE Q i 100 Euro na posiłek 🙂
Jeśli w ICE Q brakuje wolnych miejsc, nie ma czasu na degustacje wykwintnych dań, czy po prostu szkoda kasy na drogi obiad w górach – tuż obok restauracji postawiono kontenerową budkę z automatami z przekąskami. Są kanapki, słodkości i picie – które można zjeść na słonecznym tarasie tuż przy stoku. Kapitalne rozwiązanie dla wszystkich z mniej zasobnym portfelem i spieszących się łapać najlepszy śnieg pod nartami 🙂

WIRSTHAUS GIGGIJOCH. Kapitalna knajpa tuż przy górnej stacji świeżo wyremontowanej kolejki Giggijochbahn. Przyjemne, w tyrolskim stylu wnętrze zachęca do biesiadowania. Kuchnia jest tu przepyszna i zróżnicowana, a ceny na prawdę przystępne. Porcje są ogromne, więc nie warto rzucać się od razu na 3-daniowy obiad z deserem 😉 Przy dobrej pogodzie – obiad można zjeść na słonecznym tarasie. Doskonałe miejsce na wypoczynek na stoku, po kilkudziesięciu kilometrach w nogach 🙂 Restauracja położona jest na wysokości 2284 m n.p.m.  – odpowiednia wysokość nadanie rybne, czy danie mięsne dla wzmocnienia po nartach 🙂

RESTAURANT TIROLERSTUBE to urocza restauracja w górnej stacji kolejki Gaislachkolebahn. Genialne są miejsca na zewnątrz, gdzie w promieniach słonka można wypocząć przy solidnej porcji Keiserschmarn z porzeczkami i musem jabłkowym 🙂 MNIAM! Miejscówka bardzo oblegana w czasie lunchu, ale koniecznie trzeba tu wpaść 🙂

WINE&DINE to wyśmienita kuchnia w centrum miasta. Sporych rozmiarów restauracja, serwująca różnorodną kuchnię i wysokiej klasy wina. Skosztować tu można np. wina austriackie – polecamy czerwone JOHANNESHOF REINISCH, które doskonale sprawdziło się do pierożków i dań rybnych.

 

SPANKO

Soelden to nie tylko pięciogwiazdkowce, chociaż oczywiście też tu takie są. To również szeroka gama niezłych pensjonatów i apartamentów. Pierwszą noc spędziłyśmy w uroczo położonym pensjonaciku Alois Arnold, zaraz na wjeździe do miasta. Spory pokój, z łazienką i fantastycznym balkonem. Widok z pokoju zapiera dech w piersiach i człowiek po prostu odpływa w zachwycie siedząc wieczorem z piwem na balkonie, przy ostatnich promieniach słońca na horyzoncie 🙂 Do tego darmowe WiFi bez ograniczeń i totalnie pusty obiekt, w którym nocujemy tylko MY 🙂 W tym hoteliku sezon już się skończył, bo to obiekt raczej nastawiony na grupy 🙂 Nam udało się wcisnąć tu na 1 noc, ponieważ w Frühstückspension Bergblick – do którego finalnie zmierzałyśmy – nie było wolnych pokoi tej nocy 🙂 A Frühstückspension Bergblick to MEGA PENSJONACIK! Świeżo po remoncie, w bardzo nowoczesnym stylu, ale bez zadęcia 🙂 Już od samego wejścia pachnące bratki w donicach zapowiadały, że będzie dobrze 🙂 I nie mogło być inaczej! Pokój duży, z dwuosobowym łóżkiem, sofą i kącikiem jadalnym. Do tego łazienka z oknem i balkon, który tak bardzo przydaje się wieczorami na wietrzenie przegrzanych ciuchów narciarskich 🙂 TV i WiFi oczywiście też są 🙂 No i śniadanka solidne i obsługa przemiła – nic dodać, nic ująć 🙂 I nawet jeśli my nie bardzo szprechen po niemiecku, a nasza gospodyni ni w ząb toking inglisz – udało się nam pogadać i przy śniadaniu  zamówić jajecznicę i jajka na miękko 🙂

 

 

Ciężko opisać wrażenia związane z wypadem do Sölden, bo wszystko tu było po prostu na swoim miejscu, a mieszanka doznań pobytowo-kulinarno-wysiłkowych to prawdziwy miód na narciarskie serducho 🙂 I tak koniec sezonu narciarskiego w dolinie Oetztal zakiełkował ideą szybkiego powrotu i rozpoczęciem kolejnej narciarskiej zimy właśnie w Soelden 🙂 Koniec i początek- początek i koniec 🙂 Słowo się rzekło – kobyłka u płota. Pozamiatane! Czas zacząć treningi, bo starość nie radość 😉 I trzeba rozejrzeć się za świeżą dostawą nart i ciuchów na zbliżające się nartowanie 🙂

 

Wskazówki i podpowiedzi

MARZEC to doskonały miesiąc na wyjazd do Soelden – nie ma już tłumów, bo to już końcówka zimy. Drogi dojazdowe są przejezdne i nie trzeba zakładać łańcuchów na koła. Na stokach jest masa śniegu, choć w dolnych częściach stoków jedynie trasy zjazdowe są sztucznie naśnieżone. Tak czy siak – można na nartach zjechać do samego miasteczka.

KASA. Ceny karnetów są wysokie, a w kolejnych sezonach pewnie będą jeszcze wyższe, ponieważ jest szansa na połączenie dolin Pitztal i Oetztal jednym karnetem narciarskim! Ale warto, serio! Lepiej dołożyć kilka Euro i mieć wypasione wakacje w górach 🙂 Raz się żyje 🙂 Pomimo ogólnego postrzegania Sölden jako miejsca drogiego – można tu zanocować w przyzwoitych cenach i zjeść solidny posiłek za przystępną cenę. Wystarczy dobrze poszukać, a można wszystko 🙂

Z CZEGO SŁYNIE SÖLDEN? Agent Jej Królewskiej Mości, czyli James Bond – w Soelden właśnie kręcone były zdjęcia do “SPECTRE”, w którym główną rolę grał Daniel Craig. Tu też zaczyna się co roku sezon FIS – w październiku na lodowcu Rettenbach alpejczycy otwierają sezon w narciarstwie alpejskim zawodami AUDI FIS ALPINE SKI WORLD CUP. No i oczywiście HANNIBAL, czyli nocny spektakl na lodowcu, który od ponad 15 lat przyciąga tłumy turystów, by pod gwiazdami podziwiać niezapomniane przedstawienie na śniegu – połączenie muzyki, tańca maszyn i ludzi, z efektami świetlnymi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *